Córka Żyda Hopfera, w którego winiarni za młodu (do roku 1861, czyli do momentu, gdy miał 28-29 lat) pracował Stach Wokulski. Kasia była w nim zakochana. Gdy Wokulski zaczął pracować w sklepie Mincla, Hopferówna potrafiła kilka razy dziennie przyjść tam po zakupy, mimo że inne sklepy miała o wiele bliżej domu. Wokulski nigdy nie zwracał uwagi na to, że darzyła go takim uczuciem. Jako rzecz naturalną traktował to, że czasem przyszyła mu oberwany guzik do płaszcza czy też podrzuciła kwiatek przez okno.
Na zdjęciu - Kasia zachodzi do sklepu Mincla, gdzie zastaje tylko Ignacego Rzeckiego
Fragment Lalki, rozdział Pamiętnik starego subiekta:
Od czasu jak Wokulski osiedlił się u mnie, przybyła naszemu sklepowi nowa kundmanka:
Kasia Hopfer. Nie wiem, co tak podobało się jej u nas - moja broda czy tusza Jana Mincla?
Bo dziewczyna miała ze dwadzieścia norymberskich sklepów bliżej domu, ale przychodziła
do naszego po kilka razy na tydzień.
"A to proszę włóczki, a to proszę jedwabiu, a to igieł za dziesięć groszy..." Po taki sprawunek
biegła wiorstę drogi w deszcz czy pogodę, a kupując za parę groszy szpilek przesiadywała w
sklepie po pół godziny i rozmawiała ze mną.
- Dlaczego to panowie nigdy nie przychodzą do nas z... panem Stanisławem? - mówiła
rumieniąc się. - Ojciec tak panów kocha i... my wszyscy...
Z początku dziwiłem się niespodzianej miłości starego Hopfera i dowodziłem pannie Kasi, że
zbyt mało znam jej ojca, ażebym miał składać mu wizyty.
Ale ona wciąż swoje:
- Pan Stanisław musi gniewać się na nas, nie wiem nawet za co, bo przynajmniej tatko i... my
wszyscy jesteśmy bardzo życzliwi. Pan Stanisław chyba nie może się skarżyć, ażeby z naszej
strony doznał najmniejszej przykrości... Pan Stanisław...
I tak mówiąc o panu Stanisławie kupowała jedwab zamiast włóczki albo igły zamiast
nożyczek. Co zaś najgorsze, że z tygodnia na tydzień mizerniało biedactwo. Ile razy przyszła
do nas po swoje drobne sprawunki, zdawało mi się, że wygląda trochę lepiej. Ale gdy zgasł na
jej twarzy rumieniec chwilowego wzruszenia, przekonywałem się, że jest coraz bledsza, a jej
oczy stają się coraz smutniejsze i głębsze.
A jak ona wypytywała się: "Czy pan Stanisław nigdy nie zachodzi tu do sklepu?..." Jak
patrzyła na drzwi prowadzące do sieni i do mego mieszkania, gdzie o kilka kroków od niej
zmarszczony Wokulski nie domyślając się, że tu tęsknią za nim, siedział nad książkami.
Żal mi się zrobiło biedaczki, więc raz, kiedyśmy z Wokulskim pili wieczorem herbatę,
odezwałem się:
- Nie bądźże ty głupi i zajdź kiedy do Hopfera. Stary ma duże pieniądze.
- A po cóż ja mam do niego chodzić... - odparł. - Byłem już chyba dosyć...
Przy tych wyrazach wstrząsnął się.
- Po to masz chodzić, że Kasia jest w tobie zakochana - rzekłem.- Dajże mi pokój z Kasią!... - przerwał. - Dziewczyna dobra z kościami, nieraz ukradkiem
przyszywała mi oberwany guzik do paltota albo podrzucała mi kwiatek na okno, ale ona nie
dla mnie, ja nie dla niej.
- Gołąbek, nie dziecko!... - wtrąciłem.
- W tym całe nieszczęście, bo ja nie jestem gołąbek. Mnie przywiązać mogłaby taka tylko
kobieta jak ja sam. A takiej jeszczem nie spotkał.